Wtorek
7:27
Jak zwykle czekam na wiecznie spóźniający się autobus.
Nagle w tym oczekiwaniu zauważam pewną starszą panią. Przecież jej nie znam, ale jej twarz wydaje się być jakby bliska. Spoglądam na nią. Wtedy ona prosi mnie o pomoc w rozczytaniu rozkładu na przystanku.
- Za ile będzie mój autobus, xx?
- 7:40, za dziesięć minut - odpowiadam.
- Dziękuję bardzo i przepraszam - za co? Nie wiem. Może to uprzejmość starszego człowieka, który przeprasza za zawracanie głowy. Pani uśmiecha się i odchodzi.
Ja stoję nadal w tym samym miejscu. Czekam już z pewną obojętnością, gdyż już wiem, że będę musiała marznąć kolejny dzień nieco dłużej niż powinnam. Ale starsza pani podchodzi do mnie ponownie. W pierwszej chwili myślałam, że będzie tutaj tylko stać. Myliłam się. Zauważam ruch jej ust, jednak nie docierają do mnie jej dźwięki. Przepraszam więc, że nie usłyszałam i natężam słuch. Wtedy do moich uszu trafiają słowa początkowo nijakie - ogólne: "już nie ma tutaj tego kiosku", "wszystko likwidują", "nic nie jest rentowne". Historia jednak się rozwija. Przechodzi w sferę bardziej prywatną: "ojciec zostawił nas, piątkę małych dzieci w domu, i poszedł walczyć". Gdy tak patrzałam w jej oczy, malowało się w nich niewypowiedziane cierpienie. Widać było, że pewne rany na jej sercu nie zagoiły się całkowicie. Powracające wspomnienia nawracają smutne wizje. Słucham jej dość uważnie, gdyż rozumiem, że niektórzy po prostu nie mają komu się wyżalić. Mój wzrok próbuję dostosować do takiego, aby wyrażał zrozumienie. Dowiedziałam się też, dlaczego jej głos był tak słaby i cichy oraz o jakichś operacjach. Przedstawiła mi, myślę że, większość tych głównych czynników występujących w jej życiu, które nałożyły krzyż na jej ramiona. I gdyby nie jej ostatnie słowa - ostatni wniosek, pewnie nie zapamiętałabym tak dobrze tego spotkania, gdyż nie analizowałabym tego tak dokładnie. Niespodziewanie poczułam ciepło na palcach, tak, złapała mnie za rękę. Oto co usłyszałam:
- Wierz w Boga. Mówię ci... wierz. To jest jedyne co nam zostało. [...] Odmów zawsze te Zdrowaś Maryjo, tak jak potrafisz, ale odmów. [...] Jesteś młoda, ładna, tyle przed tobą. Ale pamiętaj o Bogu. - Wtedy nadjechał mój autobus, dałam o tym znak, odwracając głowę w jego kierunku, lecz wzrok ponownie skierowałam jeszcze raz na nią. Powiedziała mi jeszcze kilka słów, a na koniec pobłogosławiła. A mnie... zaparło dech w piersiach.
Może niektórzy uznaliby ją jako natrętną osobę, która się użala i chce każdego nawracać. Mnie wcale nie musiała, a raczej utwierdziła. Myślę po prostu, że Bóg stawia na naszej drodze ludzi, którzy mają nam coś przekazać. I ona była takim wysłannikiem. Przecież od początku wydała mi się "wyjątkowa", "znajoma" wśród wszystkich osób. Jestem Jezusowi bardzo wdzięczna za takie znaki objawione w bliźnich, gdyż na co dzień niestety spotykam więcej ludzi nieprzyjemnych, którzy gotowi są rzucać obelgami lub pogardliwymi komentarzami w moim kierunku. Jakże mało na tym świecie wyrozumiałości. Często "człowiek człowiekowi wilkiem". A tutaj taka niespodzianka. Od razu zrobiło się cieplej na sercu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz